Pierwsza, tak pikantna i osadzona we współczesnych realiach Rzeczypospolitej, erotyczna autobiografia, jaką w ogóle miałem szansę napotkać. Jest pełna dzielenia się „syropem życia”, bez pouczeń i wniosków, pozostawia czytelnikowi przestrzeń na własne przemyślenia.
Arundati, pozwalając zanurzyć się w strumieniu relacji ze swoich doświadczeń, tworzy czytelnikowi przestrzeń na współuczestniczenie i wyciąganie własnej mądrości z relacjonowanych błędów i sukcesów. W tym strumieniu znaleźć można zresztą szlaki przemyśleń po wielu lekturach. Ponieważ nie ma w nim żadnych odniesień, pozwoliłem sobie zamieścić ich szereg w poniższej recenzji.
Książka ta przyniosła mi wiele eksplozji śmiechu i od czasu do czasu kiwnięć głową, z mruczeniem pod nosem „wiedziałem”. Nie zaskoczyła mnie, ale prawdopodobnie tylko dlatego, że zajmuję się tematyką związków w wielu konfiguracjach, z racji mojej astrologicznej pasji i popularyzacji taoistycznych praktyk, w tym sztuki kochania.
Mogę się nazwać początkującym w tematyce ars amandi po jej lekturze i z góry ostrzegam przed nią wszystkich panów, którzy chcieliby porównać swoje otrzaskanie w temacie, możliwości, umiejętności i wyobraźnię. Możecie się srodze rozczarować, wasze ego zaś może zostać sromotnie upokorzone, jeśli szukacie czytadła, które miałoby wam podreperować poczucie własnej wartości. Prócz wielu innych przekazów, znajdziecie również ten – nie ma na ziemskim padole litości dla panów, pragnących podbudowywać swoje ego kosztem pań. Dla mnie stan umysłu początkującego jest czymś bardzo cennym, nie muszę być aż tak biegły w tym bardzo kobiecym w końcu temacie.
Panie, które pragną dowartościować się moralnie również ostrzegam – autorka rozprawia się ze świętoszkowatością i zaściankową, polską dulszczyzną w sposób arcymistrzowski. Nie zostawia suchej nitki, zarówno na autorytetach, jak i zwykłych, szarych ludziach – „planktonie”, jak to zgryźliwie etykietuje pewna szanowana i bardzo wpływowa, polska dama.
Nie mogę nazwać wynurzeń i marzeń erotycznych Arundati perwersyjnymi. Nie sięgają nawet do palców stóp sławetnemu wywiadowi ankietowemu okultysty i maga seksualnego Kennetha Anger’a, który we własnej osobie wystąpił w filmie „Kinsey” (Raport Kinsey’a). Jeśli nie mamy homofobii, zaś promiskuityzm i poligamię traktujemy jako część naszego, słowiańskiego i celtyckiego (Celtowie żyli także na polskich ziemiach), plemiennego oraz kulturowego dziedzictwa – to tak naprawdę nie ma w nich niczego, co by mogło nam być kulturowo tak obce, żeby wymagało sięgania do literatury antropologicznej. Mimo to, są wystarczająco rozbudowane i obfite w detalach, by zawstydzić wszystkich erotomanów-gawędziarzy, jakich znam.
Poszukiwaczy opisów tantrycznego seksu też z góry ostrzegam – tekst jest skrojony na miarę zdolności słownikowych i pojęciowych przeciętnego czytelnika. Są wspominki również i tego rodzaju doświadczeń, jednakże nie ma w nich ani słowa o czakrach, kanałach energetycznych, Kundalini. W całej książce czuje się intencję przybliżenia pierwotnej natury i postaci transcendentalnej Tkaniny uniwersum, tak jak ją postrzegają indyjscy tantrycy. Zgadzam się z opinią Autorki, że jeśli szamańskie i animistyczne dążenie do transcendencji poprzez seks jest czymś prymitywnym, to zamiast odcinać sobie ten kanał, w imię bycia uznanym za nie-prymitywnego, wolę pozostać prymitywny.
Są za to pieprzne i ironiczne miejscami rozważania na temat ikon świętości – począwszy od chrześcijańskich, a skończywszy na buddyjskich. Jest wszystko to, co dostępne dla umysłowości chodzących po ziemi, normalnych ludzi. Obszerne komentarze (też sarkastyczne) i duża część książki poświęcone są polskiej kulturze, sztuce i polityce, zwłaszcza w odniesieniu do jej populistycznego wymiaru, manipulacji stereotypami i uprzedzeniami.
Wbrew pozorom, jakie można żywić czytając tytuł książki, autorka nie sili się ani na dydaktyzm, ani na kojący, terapeutyczny ton (choć miejscami osiąga oba te efekty). Nie ma intencji rozbijania stereotypów (choć to robi). Jest bezpośrednia w swoich opiniach, bezwzględna w przekraczaniu kolejnych granic, oraz konfrontowaniu czytelników ze swoimi doświadczeniami życiowymi, obnaża się psychicznie tak dalece, jak pozwalają na to granice ochrony prywatności jej i wszystkich osób opisywanych. Ironię łączy z autoironią, dystans do innych ludzi – z dystansem do siebie. Stroni od wyniosłego i przeintelektualizowanego tonu, choć wyraźnie daje odczuć „kategorię wagową” swojego intelektu, wiedzy i erudycji.
Nie ma tutaj żadnego morału, happy endu’u, drogi, wielkiej transformacji, podsumowujących wniosków, wiekowej mądrości życiowej z perspektywy klimakteryjnej. Nie ma też żadnego opisu pouczającego, głębokiego załamania, kryzysu (wieku średniego) czy mrocznej nocy duszy – to można znaleźć w „Tęsknocie silnej kobiety za silnym mężczyzną” Mai Storch (panom polecam „Żelaznego Jana” Roberta Bly), czy też „Kobiecie bez winy i wstydu” Wojciecha Eichelbergera (dla panów „Zdradzony przez ojca”, tego samego autora).
Nie ma tu też wskazówek, jak dobierać życiowych (ale seksualnych - tak) partnerów – to można znaleźć u C. Connel’a i K. Melvyn „Mądre kobiety – głupie postępowanie”. Nie ma żadnego edukowania, jak należy żyć, a jak nie, żeby być szczęśliwym i spełnionym człowiekiem. Tym, którzy szukają życiowych wskazówek gorąco polecam Jamesa Hollin’a „Odnaleźć sens w drugiej połowie życia”. Można je tam znaleźć, jednakże wyłącznie ze zdystansowanej perspektywy psychologa-jungisty, który swoją mądrość wysnuwa z pozycji metaobserwatora, a nie uczestnika.
Można tu poszukać inspiracji twórczością i mitologią, jaka narosła dookoła postaci Oscar’a Wilde, tak samo jak współcześnie żyjącego artysty, przyznającego iż Wilde go mocno inspirował - Davida Bowie. Klimat epoki wiktoriańskiej nie jest wcale odległy kulturowo Polsce, znajdującej się już od kilku lat pod rządami partii ultraprawicowo-katolickich, warto go sobie przypomnieć by zrozumieć, jaką rolę wtedy spełniali artyści, szokujący „dobrych ludzi” swoim stylem życia. Patrząc się zaś na tytuł tej książki, aż korci, by przypomnieć sobie „Terapię prowokatywną” Franka Farrely’ego.
Uważny czytelnik z pewnością znajdzie wskazówki, jak znaleźć i rozbroić w swojej podświadomości ukryte bomby – homofobii, androfobii i mizoginii, lęków przed seksem i seksualnością, zarówno w odniesieniu do mężczyzn jak i kobiet. Można się doczytać, gdzie tkwiły przyczyny osobistych problemów i dylematów autorki (zwłaszcza po lekturze „Tęsknoty silnej kobiety…”), oraz dlaczego nie są one wcale aż tak odmienne od problemów „szarych ludzi”, ani w żaden sposób bardziej specjalne. Odmienne od szarej normy jest za to ich rozwiązanie.
Przede wszystkim jednak można się dowiedzieć, gdzie ona sama zauważyła korzenie problemów seksualnych i relacyjnych znaczącej większości Polaków (i Polek). Dowiedzieć się wreszcie, w jaki sposób mężczyźni są emocjonalnie kastrowani przez kobiety, a one z kolei – sterylizowane przez nich. Poznać wiele mechanizmów manipulacyjnych męsko-damskich, opartych na emocjach i wykorzystywaniu oraz tępieniu uczuć.
Oczywiście, jedni i drudzy robią to często nieświadomie, w najlepszej wierze i z dobrymi intencjami, zgodnie z wzorcami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Wzorce te nierzadko mają wiele wspólnego z chorobą alkoholową (uświęconą tradycją) rodziców późniejszych DDA, którzy zmagają się z ambiwalencją - między potrzebą kontrolowania wszystkiego i wszystkich dookoła, a potrzebą odnalezienia wolności i przestrzeni na własne życie, z dala od pokłosia własnych mechanizmów współuzależnienia.
Najlepiej jednak zawiesić na kołku wszelkie pokusy diagnozowania i etykietowania (podążając za wskazówkami terapeutów POP, takich jak Bogna Szymkiewicz) pamiętając, iż pytanie „po co” jest dużo ważniejsze, niż pytanie „dlaczego”. W końcu mężczyzn, którzy wybrali ten tryb życia, zwykło się nazywać najwyżej ekscentrykami lub artystami.
Traktując tę opowieść jako lustro nas samych, także w postaci głosu wykluczonej społecznie roli, etykietowanej pejoratywnie – znajdziemy drogę do odzyskania i integracji swojej własnej, seksualnej mocy. Możemy też odkryć najbardziej pierwotny, zmysłowy i szamański wymiar duchowości, tantryczny wymiar osnowy rzeczywistości, jaki był znany naszym praprzodkom. Warto przypomnieć sobie w tym punkcie teksty taoistów o kultywacji i ochronie energii seksualnej, by nie trwonić odzyskanego potencjału. Nie bez powodu wydawnictwo, które wzięło na siebie ciężar wydania tej pozycji – to dawny Santorski & Co. Jeśli tego będziecie szukać w tej książce, to z pewnością znajdziecie. Gorąco polecam wszystkim tą lekturę.
Wszystkim, którzy chcieliby skopiować drogę Arundati i wprowadzić w swoje życie jej pomysły, przypominam o istnieniu chorób wenerycznych. Wbrew optymistycznym zapewnieniom Autorki, lojalnie ostrzegam, iż przed wirusami typu HPV - najczęściej przenoszoną drogą płciową infekcją - prezerwatywy nie chronią. Istniejące szczepionki są bardzo selektywne, chronią tylko przed kilkoma szczepami (spośród bardzo wielu) uznanymi za przyczynę 70% przypadków raka macicy, genitaliów, odbytu, a także jamy ustnej oraz okolic skórnych tych narządów. Ukrywanie nosicielstwa chorób wenerycznych jest także jednym z najlepszych sposobów na bezpowrotne zniszczenie relacji i jednym z najlepszych argumentów do wykorzystania w sądzie.
Podaj dalej