Holizm w Sztuce, Terapii i życiu

>> Xorceria > Teksty > Roman Fierfas > Podróż do Egiptu - Część 1 - inicjacja Wojownika

Podróż do Egiptu

Część 1 - inicjacja Wojownika

English version here

Inicjacja Wojownika26-tego maja zeszłego roku zaczęło spełniać się moje naprawdę duże marzenie. Ledwie kilka miesięcy wcześniej, całkowicie nieoczekiwanie zadzwoniła do mnie Agnieszka Jurko z propozycją tłumaczenia warsztatu Toma de Winter i Shirlie Roden w Egipcie, z perspektywą dwugodzinnego pobytu i medytacji w Wielkiej Piramidzie. Poczułem wtedy silne pragnienie, by oderwać się - choćby na krótko, ale całkowicie - od małych, upierdliwych, polskich problemów i zanurzyć się w ogromnym strumieniu energii, którego spodziewałem się doświadczyć w tej prastarej budowli. Kiedy dostałem tą propozycję, nie wahałem się ani chwili i całkowicie spontanicznie, bez stawiania specjalnych warunków zgodziłem się... zastrzegłszy sobie ułamek tego czasu w środku piramidy na własną, prywatną medytację. Już wtedy zaczął przeze mnie płynąć wyraźnie iskrzący, choć jeszcze mały strumyczek transformacyjnych wibracji, jaki wkrótce miał się rozwinąć bardziej, niż sobie wyobrażałem.

Moja pierwsza w (tym) życiu podróż do pustynnej krainy Egiptu

Egipt to kolebka alchemii (a zatem i chemii), której nazwa pochodzi od egipskiego słowa khemet – żyzna, czarna gleba. Tak się składa, że cały ten kraj również się w ten sposób był nazywany w starożytnym, egipskim języku. Jest to również kolebka europejskiej astrologii w takim kształcie, w jakim ją znamy. Oba te kierunki są najważniejsze w moim osobistym rozwoju, są to też moje pasje.

Od tamtej pory byłem tam fizycznie tylko jeszcze jeden raz. Mimo to przy każdej naprawdę silnej energetycznie medytacji mam poczucie powrotu do tego miejsca. Egipt jest teraz miejscem we mnie, w moim umyśle. Dzięki temu "byłem" tam już wiele razy. Może to jakiś przebłysk jeszcze głębszej historii moich żyć - chciałbym móc kiedyś to zweryfikować. Ponieważ piszę tą relację po dłuższym okresie czasu, robię to już bez zbędnej ekscytacji czy emocji, które mogłyby zakłócić obiektywne spojrzenie.

Na niebie wzrastała wtedy połączona energia planet Jowisz i Neptun. W dużym uproszczeniu, miała ona przynieść wiele korzyści i możliwości rozwoju ludziom otwartym na duchowe i transpersonalne doświadczenia. Większości ludzkości jednak przynosiła złudzenia, paranoje, choroby, medialny chaos i zamieszanie w najwyższych kręgach politycznej władzy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem nic o nadciągającej aferze z fałszywą pandemią oraz szczepionkami przeciw grypie, podobnie jak i wielkim przekręcie z CO2. Te wieści dopiero miały ujrzeć światło dzienne w massmediach po naszym powrocie z Egiptu.

Nie byłem wcześniej na żadnym warsztacie Toma. O doświadczeniach płynących z samej medytacji Merkaby słyszałem jedynie przelotnie kilka lat wcześniej od moich przyjaciół - Łukasza Kierusa i Moniki Burzyńskiej, którzy uczestniczyli w warsztatach zorganizowanych w Polsce wcześniej. Było w ich relacjach zbyt wiele świeżego jeszcze entuzjazmu i powtórzonej z książek wiedzy, bym pozwolił sobie potraktować ją poważnie. Jestem z reguły bardzo... ostrożnie nastawiony do wszelkich nowych i nieznanych praktyk duchowych czy energetycznych. Bardzo duży kredyt zaufania jednak już miałem dla pracy Shirlie. Zanim dostałem tą propozycję, już wcześniej miałem ogromną przyjemność i zaszczyt tłumaczyć jej warsztat i indywidualne sesje terapeutyczne. W głębi trzewi miałem pewność, że cokolwiek by się nie działo, coby mogło zachwiać moje poczucie równowagi energetycznej, zostanie zneutralizowane przez jej potężny talent oraz kompetencje terapeutyczne.

Nie była to też wcale jedyna przeszkoda na drodze do otwarcia się na doświadczenia rozszerzenia świadomości. Nie wiedzieliśmy, jak przyjmą nas sami Egipcjanie - pierwszy raz gościliśmy w hotelu Calimera. Przeżyliśmy całkiem konkretny dreszczyk emocji, gdy bezpieka hotelowa zajęła z nami miejsca na sali i zaczęła robić szczegółowe notatki z naszego kursu Merkaby. Wówczas Tom jednak wprowadził grupę w stan półmedytacyjny i dał nam afirmację zaczynającą się od wezwania Jezusa i Wszechmogącego Boga. Niemal w tej samej chwili wyznający Islam oficerowie skapitulowali i po kilku chwilach zakończyli swoje notatki, szef ochrony zaś po prostu wyszedł z sali. Zatrząsłem się po cichu ze śmiechu i po raz pierwszy poczułem mocną i bardzo sympatyczną więź z Tomem. To było wbrew pozorom bardzo szamańskie i dyskordiańskie zagranie. Gdybym był na jego miejscu – pewnie też bym tak zrobił. Sam jednakowoż nie mogłem sobie darować chwilę później przetłumaczenia „God” na „bogowie”, czym rozbawiłem obecnego na pierwszym wyjeździe Pawła Trzcińskiego, znającego moje rodzimowiercze zamiłowania. Szef ochrony od tamtej pory uśmiechał się na nasz widok szeroko i mówił, że

zawsze jesteśmy mile widzianymi gośćmi w hotelu Calimera

W miarę jak Tom dawał grupie kolejne ćwiczenia integracyjne i otwierające, kolejne lody pękały i było nam coraz lepiej w swoim gronie. Ja sam tłumaczyłem z dużą przyjemnością, gdyż czułem się dobrze rozumiany i akceptowany ze swoją własną wiedzą, duchową indywidualnością i doświadczeniem w praktyce wewnętrznej. Tom bardzo dobrze sprawdził się w moich oczach jako facylitator procesu grupowego. Celowo używam tego terminu zamiast nazwać go po prostu „prowadzącym warsztat”, bo ma on dobre konotacje z psychologią pracy z procesem, która dla mnie wnosi wzorcowe i bardzo cenione przeze mnie jakości pracy z grupą. Tom bez narzucania swojej osobowości czy prywatnych poglądów, wyrażał siebie i zachęcał innych do wyrażania siebie w taki sposób i w stopniu, w jakim czuliśmy się z tym dobrze (acz nie leniwie). Dawał od początku wszystkim dużą przestrzeń prywatności, co sprzyjało rozwijaniu poczucia bezpieczeństwa i zachęcało do przekraczania własnych lęków przed wystąpieniami na forum całej grupy. To również mnie dawało komfort i poczucie, że jestem na właściwym miejscu, oraz że uczestniczę w wartościowym procesie, który wykracza poza ramki znanych mi, niezbyt chwalebnych stereotypów prowadzenia ezoterycznych warsztatów i jest bliski pryncypiom, które sobie cenię.

Od samego początku warsztatów niezwykłą nowością było połączenie energii dwójki instruktorów. Tom ze swoją zdecydowanie męską, ognistą i wysoką energią, grającą pierwsze skrzypce, z wielką gracją oddawał pole operującej niezwykle silną, kobiecą, głęboką i wodną energią Shirlie. W egipskim klimacie działała ona jak miętowy miód na nasze rozpalone serca, parujące głowy i zmęczone swoimi pancerzami dusze. Tam, gdzie jego męski sposób prowadzenia zajęć dochodził do granicy możliwości przeciwdziałania ucieczkom w intelektualizm, Shirlie swoją delikatną dłonią i aksamitnym głosem wyprowadzała nas z puszek mózgowych, z powrotem do serc oraz świadomości ciała. Chwilę potem, prawie że uśpieni i w transie, budzeni byliśmy z powrotem do wysiłku przyswajania i przetwarzania nowych informacji zdecydowanym, acz bardzo spokojnym i cichym głosem Toma. To było jak podróż na dużych, choć harmonijnych i nieśpiesznych falach.

W takim duchowym rytmie przechodzenia przez kolejne ognisto-intelektualne, oraz wodno-cielesne fale, popłynęliśmy tuż przed podróżą do Kairu i Gizy na spotkanie delfinom w meandrach pobliskiej rafy koralowej. Zanim pokazały się, przywołaliśmy je telepatycznie w medytacji, łącząc swoje serca z ich sercami. Doświadczenie oceanicznej, energetycznej i uniwersalnej miłości tych bardzo inteligentnych istot było bardzo ekstatyczne, a ja sam byłem go bardzo spragniony po długich, wcześniejszych perypetiach w Polsce. Mam takie poczucie, że wtedy nie tylko moje serce zrobiło głęboki wdech i wydech z ulgą. Gorący klimat sprawiał, że spływały z nas jak stare błoto wszystkie narodowe smutki, stygmaty i piętna dziejowe, zabory, rozbiory i wojny światowe. Każdego kolejnego dnia śmialiśmy się coraz szerzej, więcej, serdeczniej i szczerzej. Wieczór przed wyjazdem do Piramidy spędziliśmy zapełniając hotelowe lobby gromkimi, polskimi eksplozjami wesołości kwitującymi kolejne, dosadne dowcipy, których co bardziej spięci i znerwicowani przedstawiciele innych nacji kompletnie nie mogli zdzierżyć. Nie da się ukryć, że pod tą wielką wesołością krył się lekki niepokój przed tym, co może nas czekać w środku Piramidy. Rozładowaliśmy to uczucie jednak wystarczająco dobrze, by otworzyły się nam później duchowe wrota do głębi naszych umysłów.

Moja pierwsza wizyta w Kairze i Egipskim Muzeum w Kairze zaszokowała mnie wystarczająco mocno i pozytywnie, bym przestał myśleć o odnalezieniu sławetnej „Steli Objawienia nr 666”.  Za pierwsza wizytą odnalazłem inną i chyba zbytnio chciałem wierzyć, iż to właśnie ta – dopiero podczas drugiej wizyty faktycznie odnalazłem właściwą Stelę – ale nie czułem w niej magicznego mistycyzmu, raczej energia lekkiej ironii. Odczucie wielu niesamowitych energii, unoszących się nad głowami tłumów i przenikających je jak twarde promieniowanie na wskroś, było jasnym sygnałem mojej gotowości na nadchodzące doświadczenia. Idąc od jednego posągu do drugiego i kolejnych mumii, czułem tylko coraz silniejsze wibracje i podnoszący się poziom mojej własnej, wewnętrznej energii. Nasycałem się i dostrajałem do „częstotliwości faraonów”, a idąc jej tropem w końcu

wylądowałem w sali z popiersiem Tutankhamona

To jak sądzę, było kluczowe i decydujące odkrycie dla mojego otwarcia się na całość doświadczenia. Stanąłem przed Maską tak, by móc swobodnie medytować na wszystkie oczy faraona (również trzecie) jak również na pozostałe jego czakry, obecne w jego fantomowej postaci. Zatonąłem w wymianie energii i informacji na ponad pół godziny. Potem się dowiedziałem, że osoba stojąca za mną nie mogła dłużej wytrzymać natężenia przepływu jaki był również za mną. Od Mohammeda dowiedziałem się, że co bardziej pozamykani energetycznie i przewrażliwieni turyści potrafią źle się czuć lub nawet zacząć mdleć po kilkunastu sekundach samego stania przed maską. Warto pamiętać, że to właśnie Tutanchamon był tym, który przywrócił pierwotny kult wielu bogów i ukrócił monoteistyczną rewoltę religijną, wprowadzoną przez jego ojca Amenhotepa. Nic dziwnego, że energia bogów Egiptu jest tak silnie skupiona właśnie w pamiątkach po tym właśnie faraonie.

Energia leciała szerokimi strumieniami w obie strony, a ja sam się czułem jednością z młodym, przedwcześnie zmarłym faraonem. Doświadczenie było tak silne i przenikające, że miałem poczucie iż posortowaniu oraz recyklingowi uległy wszystkie energetyczne śmieci, które utknęły w podwzgórzu mojego mózgu w ciągu ubiegłych kilkunastu lat kontaktów z różnymi, mniej lub bardziej energetycznie zwichrowanymi ludźmi o talentach… hmmm…. magicznych, czy też domniemanych darach duchowych. Co więcej, pozostało mi poczucie bezpieczeństwa i pewności siebie, że nikt mi tak naprawdę nie może energetycznie zaszkodzić. Faraon jest tylko kapłanem i kanałem dla dużo silniejszych od siebie energii… a do tego jest pierwszym wśród kapłanów. Nad nim są już tylko pierwotne, archetypowe energie oraz inteligencje, które wykraczają całkowicie poza ramy jakiejkolwiek jednej kultury czy cywilizacji. Co ciekawe, te energie jakoś niespecjalnie poświęcają uwagę oczekiwaniom tych, którzy nie potrafią okazać szacunku człowiekowi, który większą część swojego życia poświęcił na czczenie ich. Ponieważ jest już martwy, jest całkowicie ponad ziemskie manipulacje żywych kapłanów. Głębszy sens tego dane mi było zrozumieć o wiele później.

Silne poczucie wewnętrznej integracji, bezpieczeństwa a jednocześnie unii oraz kontaktu z nimi pozostało zapisane jarzącymi się wzorami pod moimi powiekami na bardzo długo – to było jak astrologiczny wgląd w pierwociny kosmicznej Jaźni, wyświetlony na gołej duszy, na żywo, bez wykresów, cyferek, tabelek i kółek. To był też pierwszy moment, w którym bardzo silnie doświadczyłem déjà vu, tak jakbym już doskonale znał ten proces „dostrajania”... od wieków. Wiedziałem też, że to dopiero początek uczty duchowej, która na mnie czekała. Jeden z tych archetypów szczególnie poprosiłem o wsparcie. Nie zawiodłem się.

Późniejsza podróż była jak nic nie znaczące śnienie, przerywany barwnymi opowiastkami oraz faktami z codzienności Egipcjan na społecznej, politycznej i ekonomicznej płaszczyźnie – z ust naszego niepokornego, egipskiego przewodnika. Nie jestem fanem zbierania fizycznych pamiątek, wolę zapamiętywać i gromadzić energetyczne wrażenia, więc dowcipne szczegóły z życia wzięte zapadały mi w pamięć. Dopiero przy Sfinksie obudziłem się ponownie, a raczej przeciągnęła się i ziewnęła we mnie pełniejsza, większa i bardziej uniwersalna Jaźń, rozgrzewając się dopiero przed igraszkami z moim ego. Od krótkiej medytacji przy Sfinksie i obowiązkowych zdjęciach z jego „całusem”, do wejścia do Piramidy dzielił nas już tylko drobny kroczek i tylko kilka kadrów pamiątkowych zdjęć.

W środku czekały na mnie dosłownie najsilniejsze energetycznie doświadczenia medytacyjne całego mojego dotychczasowego życia. Wszystkie nerwy, zapachy, pot, okrzyki zniecierpliwienia, niewygody – to wszystko jest nieważne w porównaniu z Całością. Nigdy nie zapomnę odśpiewanego wtedy przez Shirlie „Ave Maria”. To naprawdę była energia i obecność pierwotnej Bogini, odarta z wszelkich zasłon imion i ramek kulturowych. W którymś momencie totalnie rozpuściły się też moje silne, emocjonalne przywiązania do ramki z napisem „TAO” oraz „taoistyczna praktyka”. Paradoksalnie dzięki temu nie zniknęła lecz wzrosła we mnie miłość do samej praktyki i jej esencji. Wykroczyłem poza duchową zonę bezpieczeństwa i odnalazłem nowe, świeże dla mnie terytoria. Odnalazłem Tao, które nie nazywa się Tao. Gdy weszliśmy do energetycznej pralki Komory Sarkofagu – zaczęło się głębokie „pranie z namaczaniem” w czekającej specjalnie na nas gęstej, gorącej i pierwotnej energii.

Sanctum sanctorum

Święte miejsce świętych, w którym adepci od niepamiętnych czasów wchodzili w kontakt z kosmiczną kolebką sporej części naszego genomu, zaczęło nas zalewać energią Syriusza / Sothis. Kształ Merkaby otworzył nas na tą energię. Czego większość z obecnych w środku nie wiedziała – źródła praktyki tej obecne są w najbardziej mistycznym nurcie Kabały. Nazywa się on Wielkie Dzieło Rydwanu – Maaseh Merkabah. Ta informacja jest istotna tylko dla badaczy naprawdę dociekliwych i przywiązanych do historycznych detali.

Dla mnie najistotniejsze pozostanie wrażenie (poza znanym mi już rozszerzeniem świadomości), jakby nagle z samego środka moich kości wyrosła dosłownie gęsta, energetyczna, złoto-słoneczna sierść, o „włosach” długich na kilkadziesiąt centymetrów. W życiu wcześniej nie przeżyłem tak fizycznie energii medytacyjnej. Bierzcie poprawkę, że nie mogłem się radośnie rozpuścić w medytacji, bo byłem tłumaczem. Musiałem zachować pełnię przytomności i aktywności lewej półkuli, uważnie słuchając coraz cichszych i bardziej roztapiających się w kosmicznej ekstazie głosów instruktorów, oraz powtarzając je tak głośno, by jak największa ilość osób nie miała żadnych wątpliwości, co mają aktualnie robić. Tutaj przydało się moje doświadczenie prowadzącego własne kursy medytacji i jogi, na których również w podwyższonym stanie świadomości musiałem możliwie wyraźnie mówić do sporej grupy ludzi. Kolejny kawałek puzzle’a w układance tego wyjazdu wskoczył na swoje miejsce, kolejny powód by poczuć się potrzebnym i właściwym człowiekiem, na właściwym miejscu.

Dzwon energetyczny, w którego samo serce uderzyły wtedy we mnie gwiezdne energie Piramidy, dźwięczał potem długo. Czułem się totalnie odrodzony, bezboleśnie zmielony na pył i od zera stworzony na nowo. Przyjechałem do Egiptu jako stłamszona i wykorzystana, ledwie żywa kupka szarego prochu, wracałem jako szeroko uśmiechnięta, zmierzwiona kula lwiogrzywej, złoto-słonecznej energii. Egipt domem niewoli? Wolne żarty.

Dwa dni później poprawiliśmy jeszcze medytując w kompleksie świątynnym Karnaku. Udało nam się uzyskać dostęp do zamkniętej dla turystów malutkiej komory, z zamkniętym w środku świętym posągiem, co do którego nic nie wiedzieliśmy przed wejściem. Gdy mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności, z mroku powolutku wyłonił się lwi pyszczek posągu bogini, do której o wsparcie modliłem się wcześniej w muzeum. Jej marsowa energia silnym strumieniem zaczęła regenerować mój splot słoneczny i cały pas narządów dookoła, szczególnie wątrobę i woreczek żółciowy – związane z chińską Przemianą Drzewa. Ta bogini jest świetnie znana zarówno z jej talentów wojennych, jak i uzdrowicielskich. Ponieważ potrafi skutecznie zabijać  - wie jak skutecznie leczyć. Znów, anielski śpiew Shirlie i jej medytacja w intencji pokoju na Ziemi wprowadziły harmonię do gorącej, ewidentnie bardziej męskiej energii bogini.

Kiedy po kilku dniach od tych silnych medytacji wróciłem do Polski, pierwszy telefon wykonałem do przyjaciela jasnowidza. „Świecą ci się kości. Wyglądasz jak Słońce, a w splocie słonecznym masz kulę silnej, marsowej energii” – to była jego pierwsza ekspertyza. Tak też zresztą się czułem jeszcze długo po powrocie do smutnego, chłodnego, zalanego deszczem i kryzysowymi nastrojami kraju. Marsowe i skrzywione miny kontroli paszportowej przyprawiały mnie o kolejne wybuchy wesołości, bo kontrast z roześmianymi twarzami egipskich pracowników lotniska w Hurghadzie był karykaturalny.

Przez kolejnych kilka miesięcy ta silna energia robiła gruntowne przemeblowanie w moim wnętrzu i moim życiu. Praktycznie od samego powrotu działa się rewolucja za rewolucją, jakby otworzyła się wreszcie we mnie grobla wysokiej tamy wodnej. Każdą z tych zmian witałem z ulgą i po jakimś czasie również radością, choć niektóre były naprawdę szokujące w pierwszej chwili i bardzo odległe od pluszowo-różowo-milutkich, niuejdżowych, kolorowych obrazków z aniołkami. Budziła się we mnie chyba pierwszy raz w życiu naprawdę zdecydowana i fizycznie aktywna energia, którą stopniowo dopiero identyfikowałem.

To była siła do realizacji własnej wizji oraz drogi życiowej, archetyp Wojownika który do tej pory był mi raczej pobieżnie znany. Choć odbyło się to w kontekście całkowicie odmiennym od plemiennych, szamańskich rytów, wyraźnie poczułem się inicjowany. Energia którą otrzymałem po kolei od Tutankhamona, w Piramidzie, a wreszcie od samej Sekhmet miała silnie inicjującą jakość. Wcbodziłem w proces jej integracji, przyjmowania nowej struktury. Wszystkie elementy już miałem - jedyne czego było potrzeba to nowa forma ich organizacji. To właśnie dają wszystkie inicjacje - nowy system dla już istniejących części. Potrzebowałem przeżyć silną dezintegrację przed moją wycieczką do Egiptu, by móc się zintegrować dookoła nowego centrum - co oczywiście potwierdza ogólną zasadę.

Zacząłem rozpoznawać odtąd zaskakująco wiele aktów uległego poddawania się bez walki w moich wzorcach postępowania, na co z coraz większą świadomością mówiłem teraz proste „nie”. Z tego punktu widzenia dużo prościej było patrzeć na rozpętującą się burzę w mediach i przejrzeć na wylot paranoiczne postawy stron medialnego konfliktu, oraz prowadzoną na szczytach grę, przejrzystą i oczywistą dla bardziej świadomej części ludzkości. Im dalej postępował proces we mnie, z tym większymi oczekiwaniami wypatrywałem kolejnego wyjazdu i następnej porcji bardzo silnie transformującej energii.

Druga część relacji, artykuły o transformacji gniewu i integracji archetypu wojownika...

...wkrótce

Zapraszamy na najbliższy wyjazd do Egiptu w listopadzie 2010!

Roman Fierfas